
Czar małego miasteczka
Prawie za każdym razem, gdy pojawia się jakikolwiek post o naszym mieście, znajdzie się malkontent. Ktoś, komu wszystko przeszkadza, kto wie najlepiej, a już z pewnością wie jedno: że kiedyś to było lepiej. Nieważne, czy rzecz dotyczy nowego boiska, remontu drogi czy starej fotografii — zawsze znajdzie się ktoś, kto zamiast się ucieszyć albo choćby przejść obojętnie, poczuje potrzebę wylania odrobiny goryczy.
Niedawno ktoś ze znajomego profilu wrzucił zdjęcie — mistrzowskie, szczerze mówiąc, sam mu go trochę pozazdrościłem. Opisał je może jednym słowem za dużo, drobne potknięcie, jakie każdemu może się zdarzyć. I spotkał się z falą wrogości, zupełnie nieproporcjonalną do „przewinienia”. Pech? Owszem. Ale czy wart aż takiego hejtu? Niespecjalnie.
I właśnie o tym chciałem dziś napisać. Bo mam wrażenie, że gdzieś nam się pogubiła prosta rzecz — radość z tego, że żyjemy tam, gdzie żyjemy.
Byłem ostatnio na wczasach — ale nie takich z leżakiem i widokiem na hotelowy basen. Z plecakiem i namiotem, w Alpach. Przez dziewięć dni wraz z żoną wędrowaliśmy od pola namiotowego do pola namiotowego, najwyższymi dostępnymi szlakami. I wiecie, co mnie tam najbardziej urzekło? Nie, nie widoki — te były oczywiste, po nie właśnie pojechaliśmy. Nie trudy trekkingu, choć i tych nie brakowało. Urzekło mnie coś, czego zupełnie się nie spodziewałem: rozbijanie namiotu pośród dziesiątek takich samych jak my.
Bo szliśmy w większości w tę samą stronę. I po kilku dniach znaliśmy się już wszyscy — mniej lub bardziej. Wieczorami, gdy słońce chowało się za granią, obozowisko zamieniało się w małą, wędrującą wioskę. Najcieplejsze znajomości zawarliśmy oczywiście z rodakami — z Libiąża, Krakowa, Katowic, Pruszkowa, Białegostoku i Gniezna. Ludzie, których nigdy wcześniej nie widziałem i pewnie nigdy więcej nie zobaczę, a jednak przez tych kilka dni bliscy.
I myślę sobie teraz, że te dziewięć dni, te namioty, ci ludzie — to była taka nasza mała ojczyzna. Zawiązana na chwilę, wysoko nad chmurami, z niczego. Wystarczyło, że szliśmy tą samą drogą i mierzyliśmy się z tym samym zmęczeniem.
A potem wróciliśmy do domu. I następnego dnia, spacerując po Oświęcimiu, złapałem się na prostej myśli: jak dobrze się tu czuję. Bo mijają mnie ludzie. Nie bliscy — ale znajomi. Twarze widziane wcześniej wielokrotnie, w najróżniejszych okolicznościach. Ktoś ze sklepu, ktoś z sąsiedztwa, ktoś, kogo nazwiska nawet nie znam, a jednak kłaniamy się sobie od lat. I to właśnie oni — ci wszyscy „prawie znajomi” — sprawiają, że czuję się u siebie.
Może się mylę, ale chyba próżno szukać takiego uczucia w wielkich miastach. Tam mija się tłum obcych. Tu — mija się swoich, choćby z widzenia. To jest ten czar małego miasta, którego nie da się kupić ani zbudować. On po prostu jest, narasta latami, z tysięcy mimochodem rzuconych spojrzeń i skinień głową.
I tu wracam do tych malkontentów z początku. Bo skoro już mamy to szczęście żyć w takiej wspólnocie, to naprawdę szkoda ją zatruwać. Zabrzmi staroświecko — ale jakże byłbym rad, gdyby było między nami mniej narzekania, mniej bezsensownej krytyki i niekonstruktywnych uwag. A więcej zwyczajnej radości z tego, co dzieje się wokół. Więcej ochoty, by coś poprawić i mieć w tym swój udział — udział, który przecież nikogo z nas nie zrujnuje, a wielu może dać satysfakcję.
Bo na tym górskim szlaku widziałem coś, co zostało mi w pamięci mocniej niż niejeden szczyt. Każdy z tych ludzi dźwigał swój plecak. Każdy był zmęczony, obolały, każdy mierzył się z własnym trudem drogi — tak jak każde z nas mierzy się z nim każdego dnia, tyle że w dolinie. A mimo to w oczach mieli ten błysk. Ten, dzięki któremu uśmiech puszczony do nieznajomego nie odbijał się od wrogiej obojętności, tylko wracał — odwzajemniony.
I tego właśnie życzę nam wszystkim, tu, nad Sołą. Żebyśmy — mimo naszych plecaków — potrafili odwzajemnić uśmiech zamiast rzucać kamieniem. Bo naprawdę dobrze nam się tu żyje. Wystarczy czasem podnieść wzrok znad klawiatury i to zobaczyć.
