
Unia, Lewandowski i Marokańczyk
Nie chodzę na hokej. Przyznam to uczciwie, bo felieton wymaga szczerości. Nie siedzę na trybunach, nie znam składu, nie śledzę tabeli. A jednak gdy ktoś w Polsce mówi mi, że zazdrości Oświęcimowi Unii – coś we mnie rośnie. Nazwijmy to dumą lokalną. Albo po prostu – miłością do własnego miasta.
Ostatnio znowu zrobiło się głośno o dofinansowaniu dla klubu. Miasto przekazało Oświęcimskiemu Sportowi kolejną transzę – tym razem 850 tysięcy złotych, łącznie w tym roku 1,65 miliona. I jak zwykle – internet się zagotował. Malkontenci, niezadowoleni, krzyczący o rozrzutności i braku priorytetów. Znajoma melodia, prawda? Bo przy każdej inwestycji, każdym dofinansowaniu, każdej złotówce wydanej na cokolwiek – oni są pierwsi. Zawsze gotowi, zawsze oburzeni, zawsze pewni że wiedzą lepiej.
Nie zamierzam bronić decyzji miasta. Naprawdę nie mam w tej sprawie twardego zdania. Ale jedno wiem na pewno – nie przyszło mi do głowy pytanie “po co?”.
Bo sport to nie tylko wyniki i budżety. To przede wszystkim emocje – i właśnie emocje najlepiej budują markę miejsca. Niech zilustruje to pewna historia z Maroka.
Kilka lat temu rozmawiałem tam z pewnym Marokańczykiem. Gdy usłyszał że jestem z Polski – przez pół godziny mówił do mnie o Robercie Lewandowskim. Z błyskiem w oczach, z entuzjazmem, z detalami których sam bym nie pamiętał. Nie jestem fanem piłki nożnej. Ale stałem tam i czułem – jak to nazwać – ciepło. Ktoś na drugim końcu świata żył osiągnięciami mojego rodaka. Polska istniała dla niego nie przez dramat historii, nie przez statystyki gospodarcze – ale przez człowieka który strzela gole.
Oświęcim ma podobny problem i podobną szansę zarazem. Nasza nazwa niesie ze sobą ciężar, którego nie ma żadne inne miasto w Polsce. Auschwitz to słowo znane na całym świecie – i nie zawsze towarzyszy mu wiedza, że za nim stoi żywe, normalne miasto z ludźmi, ambicjami i… drużyną hokejową w ekstralidze.
Każdy mecz Unii Oświęcim to ekspozycja nazwy naszego miasta w kontekście który nie jest tragedią. To herb na koszulce, komentator wymawiający “Oświęcim” przy okazji zwycięstwa, dziennikarz piszący o awansie. To drugie życie nazwy, która zbyt długo żyła tylko jednym.
1,65 miliona złotych. Przy skali wydatków publicznych – naprawdę nieporażająca kwota. Za tyle nie wybudujesz nawet chodnika przy porządniejszej ulicy. A tu dostajesz obecność w ogólnopolskich mediach przez cały sezon.
Choć jedno pytanie pozostaje w powietrzu. Ile pieniędzy pozyskała spółka Oświęcimski Sport od prywatnych sponsorów? Ile rocznie kosztuje utrzymanie drużyny ekstraligowej? I jaki procent tego budżetu stanowi miejskie dofinansowanie? Nie znam odpowiedzi. Może warto je poznać – zanim następnym razem ktoś krzyknie że miasto rozrzutnie wydaje pieniądze. Albo zanim ktoś inny powie że wydaje ich za mało.
A żeby nie być gołosłownym – oddaję głos komuś kto tam był. Jarosław Fiedor, oświęcimski fotograf, tak opisał, dla przykładu wczorajszy mecz:
– Podczas wczorajszego meczu panowała niesamowita euforia. Zwycięstwo nie przyszło łatwo. Kibice drżeli ze strachu do samego końca. Na trybunach panował i uśmiech po pięknych akcjach naszej drużyny, ale i złość po straconych golach. Wszystko skończyło się jednak zwycięstwem i weekend można rozpoczynać w morowych nastrojach – z rozpalonym grilem w gronie rodziny.
Nie muszę chodzić na mecze żeby to rozumieć. Wystarczyło pół godziny z Marokańczykiem który nawijał o Lewandowskim – i słowa Jarosława, które czytam z uśmiechem.
